Mamo kim chcesz żebym był w przyszłości?




- Mamo mogę Cię o coś zapytać? zagaił do mnie Syn
- Jasne co tam Skarbie? odpowiedziałam
- Mamo kim chcesz żebym był w przysłości?
- Synku ja chce abyć był szczęśliwym człowiekiem.


Taką rozmowę rozpoczął ze mną mój starszy Synek dopytując o to kim ma być, co robić w życiu, ba nawet czy ma mieć dzieci - czy ja chcę być babcią. Jak ognia unikam narzucania dzieciom swoich marzeń. Zawsze wspieram ich w tym co robią i o czym marzą. Chce aby wiedzieli, że jeśli się bardzo czegoś chce to jest wielkie prawdopodobieństwo, że to się spełni. Uczę ich również cieszenia się z małych sukcesów w dążeniu do celu, bo wiem z doświadczenia, że czasami jedynie to pozostaje - nie zawsze osiągnie się szczyt marzeń.

Gdy ja byłam dzieckiem wiele moich decyzji w życiu było podyktowanych osądami rodziców, tym co wypada naszej rodzinie, co jest w dobrym guście,  co będzie na odpowiednim poziomie. I tak dla przykładu dość szybko zostały wyśmiane i zniszczone moje marzenia o zostaniu krawcową. Pójście do technikum włókienniczego zostało odebrane jako policzek dla nich, a ja wylądowałam w liceum, po którym kompletnie nie wiedziałam co robić. Moje kolejne marzenie zostania farmaceutą, zostało ocenione na równe zeru. Tym razem, pomimo zdania matury z chemii i bardzo dobrych ocen usłyszałam, że przecież nie zaliczę studiów ... ostatecznie za namową narzeczonego skończyłam kosmetologię i to z bardzo dobrymi ocenami z chemii wykładanej na politechnice warszawskiej.

Pamiętając o swoich przejściach nie pokładam w swoich dzieciach jakiś chorych ambicji bądź braku wiary w nich. Najważniejsze jest dla mnie to, aby byli szczęśliwi. Cieszyli się ze swojego życia i swoich decyzji. Moje dzieci są bardzo mądre i same rozsądnie decydują - mimo swojego wieku. Naszą rozmowę Syn zakończył słowami "wiesz Mamo ja wolę nie mieć pieniędzy i mieć przyjaciół, niż być bogatym i być samemu. I wiesz jeszcze co? Ja sobie zbuduje dom Mamo, tu niedaleko, a potem wyjadę na cztery lata zobaczyć świat i wrócę". Przytuliłam Go z całych sił. Taki włąsnie rozbrajający potrafi być mój Syn.
Mamine wieczorne wyrzuty sumienia

Mamine wieczorne wyrzuty sumienia



Zakupy, sprzątanie, gotowanie, prasowanie, dodatkowe zadania w pracy, organizacja czasu dzieci - zajęcia dodatkowe, wizyty kolegów, uroczystości urodzinowe i wiele wiele innych elementów dnia Mamy można by wymieniać. Czasem dojdą do tego problemy z jakimś urzędem, kiepski nastrój czy choroba i wszystko bierze w łeb. Dre się na dzieci, warczę na męża, dom wygląda jakby przeszedł tu tajfun, a na wieść o kolejnym przedstawieniu czy festynie w szkole mam ochotę krzyczeć. Ile można? No ile? 

Kilka lat udzielałam się w dwójce klasowej. Przy kolejnym etapie nauki, już wtedy szkolnym, powiedziałam nie. Mam dość, nie ogarniam. Nie zgłaszam się. Początkowe wyrzuty sumienia z czasem zniknęły. Dotarło do mnie, że ta funkcja wcale nie jest mi niezbędna, aby być aktywną i pomocną. Ale mam ten komfort, że mogę taka być, gdy chcę, a nie kiedy muszę. W okresie świątecznym ilość zbiórek, kiermaszy czy festynów przeszła chyba wszelkie standardy. Czytając plakat o kolejnej zbiórce myślałam - poważnie? Miałam ich dość. Dzień mi się nie dopinał, fizycznie padałam z powodu chorób i zimna w firmie, a głowę miałam pełną problemów i stresów. 

Gdy kładłam się wieczorem do łóżka zamiast spokojnie zasnąć i się regenerować, po głowie kłębiły mi się tysiące myśli i tematów. Najgorsze z nich to te dotyczące dzieci. Czemu się znowu na nie darłam, czemu nie poszukałam tego cholernego klocka, czemu nie zrobiliśmy zadań logopedycznych, czemu nie poszliśmy na sanki, czemu przeczytałam im tylko krótki wierszyk na dobranoc, czemu szybko ich umyłam pod prysznicem kiedy wiem, że oni tak uwielbiają długie kąpiele. Pretensje do siebie mnożyły się w tempie niesamowitym. 

Długie rozmowy z moim wspaniałym mężem spowodowały, że wreszcie się opamiętałam. Na spokojnie przemyślałam każdy element naszego życia i szalenie łatwo przyszło mi pogrupowanie ich na te najważniejsze, te średnio ważne i te okazjonalne. Pozwoliło mi to na uspokojenie się, opanowanie i bycie taką Mamą jaką chce być. Ale spokojnie, nie raz dopada mnie jeszcze cofnięcie się o kilka giga kroków. Wpadam wtedy w popłoch i lęk. Potrzebuję chwili na opanowanie się i powrót do stabilizacji. Jednak już wiem, że to chwilowe, najważniejsze dla mnie jest wtedy by moja rodzina na tym nie traciła.

Szalenie ważnym elementem opanowania mojego chaosu dnia jest mój mąż. Zawsze starałam się go we wszystkim wyręczać. Wynikało to z tego, że on tak dużo pracuje zawodowo, że ostatnią rzeczą o której myślałam to to, aby na przykład po pracy gonić go do koszenia trawy czy odkurzania. Jednak to on mi wytłumaczył, że wtedy nie dość, że to ja jestem nie do zniesienia to tak naprawdę on lubi takie zadania. Chętnie mi pomoże. Mało tego, to on się wtedy lepiej czuje- ma wtedy świadomość, że potrafi też sprostać domowym obowiązkom i przypomina sobie jak trudno jest być Mamą. Wspomina czasami czas gdy nasz starszy syn miał pół roku, a ja poszłam na miesiąc do pracy. Był to okres Świąt Bożego Narodzenia, on wtedy miał martwy okres w swojej ówczesnej firmie, a ja mogłam nieźle dorobić. Pamiętam, jak po miesiącu powiedział, że mnie podziwia jak ja daję rady to wszystko pogodzić- dziecko, dom, urzędy, gotowanie, sprzątanie, spacery itd i nie zwariować. Był szalenie szczęśliwy gdy ten okres się skończył a on mógł wrócić do pracy. 

Wybory życiowe są dla mnie teraz oczywiste, chociaż nie oznacza to, że zrezygnowałam ze wszystkich nie lubianych przeze mnie elementów bycia Mamą i Panią Domu. Nie przepadam za prasowaniem, ale nie zniosę widoku moich dzieci z pogniecionych ubraniach. Jednak prasuję już tylko część ubrań, zmniejszyłam obroty na pralce, lepiej strzepuje i dokładnie rozwieszam. Pozwala mi to na składanie bluz czy spodni bez prasowania i zaoszczędzenie czasu. Obiad zawsze gotuję na dwa dni i nie robię tragedii gdy na trzeci dzień jemu spaghetti z domowym (przygotowanym latem) sosem. Codziennie sprzątam jakąś część domu co daje mi poczucie porządku i spokoju, że w razie odwiedzin koleżanki nie spalę się ze wstydu -  ale nigdy nie trwają one dłużej niż 30min. Te dłuższe porządki robię raz w tygodniu i angażuję do nich wszystkich domowników. Jeśli pada śnieg, rzucam wszystko, biorę sanki i idę po dzieci na piechotę do szkoły. Mamy spacer i wypad na sanki w jednym. Jeśli mamy czas idziemy na pobliską górkę pozjeżdzać. Ich śmiech i różowe od mrozu policzki rekompensują mi brak racjonalnej kolacji w ten dzień. 

To wszystko przynosi mi na myśl słowo slowlife. Zwolnij, ciesz się chwilą, żyj.









Ile kosztuje wychowanie dziecka miesięcznie? 16 tysięcy?


          Kilka lat temu, gdy moje dzieci były praktycznie noworodkami sąsiadka z wielkim entuzjazmem tłumaczyła mi, że jeżeli nie wrócę do pracy zawodowej to moje dzieci będą gorsze od innych bo przecież nie będzie nas stać na to, aby zapłacić za szkoły, zajęcia i korepetytorów 16 tysięcy miesięcznie. Gdybyście tylko widzieli moją minę wtedy! O zgrozo chyba nie była wtedy zbyt elegancka. Pierwsze moje pytanie jakie padło było "Skąd taka kwota?" "No jak to?", odpowiedziała zdziwiona. Wiesz no dwójka dzieci, szkoła prywatna z wykładowym angielskim, tenis, jazda konna, basen, dodatkowy chiński i francuski, korepetycje z matematyki, polskiego i chemii, przecież to wszystko kosztuje. Oczywiście, że kosztuje, ale czy jest to niezbędne mojemu dziecku, zastanawiałam się w trakcie rozmowy. Przecież wielu z tych rzeczy dziecko nauczy się w trakcie życia, w odpowiednim momencie. Czy wszystko musi być na raz i do tego w takiej ilości? Na koniec rozmowy wysłuchałam litani jak to ich dzieci są niewdzięczne ponieważ nie doceniają tego, co mają, co dla nich rodzice robią, ile pracują, że nie spędzone wspólnie wieczory czy weekendy są tylko dla ich dobra. Wieczne zmęczenie z powodu przeładowania dnia jest tylko dziecięcym wymysłem a tęsknota za przytuleniem fanaberią - przecież nie ma na to czasu. 
            Staram się wyrwać szponom nowoczesnego życia, które ciągle mówi nam co mamy kupować, robić a nawet myśleć. Wyścig Mam w szkole, a nawet już w przedszkolu o to które dziecko chodzi na fajniejsze, nowocześniejsze zajęcia mnie nie wkręca. Nie znaczy to, że nigdzie moje dzieci nie uczęszczają. Chodzą na zajęcia dodatkowe, jednak tylko takie które są dostosowane do ich zainteresowań i przede wszystkim sami je wybrali. Jeśli po semestrze czy dwóch im się nudzi - odpuszczamy. Czy jeśli połowa klasy chodzi na judo tzn. że mój Syn też musi? Nie, nie musi. Chodzi za to na robotykę i tą pasję da się wyczuć. Z początku sceptycznie nastawieni puściliśmy go na pierwsze zajęcia . Okazało się jednak, że to strzał w dziesiątkę. Pewnego popołudnia, podczas podróży autem, dostałam wykład o tym, że wszystko można wprawić w ruch i mało tego On wie jak to zrobić. Miód na moje serce. To cieszy, gdy obserwujemy jak rozwija się nasze dziecko. Ale nie za wszelką cenę. 
             Obserwuję swoje dzieci, patrzę i dostosowuje plan dnia tak aby ich nie przemęczać. Szkoda mi jest patrzec na inne dzieci, wiecznie poganiane przez opiekunki, stresowane i strofowane bo nie spełniają oczekiwań rodziców. Co tu jest ważne dziecko czy oczekiwania świata? My zwalniamy tempo. Wrzucamy na luz i obserwujemy jak nasze dzieci są uśmiechnięte i zrelaksowane. 
            Rzeczywiście gdybym wróciła do pracy zawodowej byłoby nam łatwiej, ale nam niczego nie brakuje. A więcej człowiek zawsze by chciał. Im więcej się ma tym więcej się chce. Ale my nauczyliśmy się chcieć więcej... więcej czasu dla siebie wzajemnie. Nie jeżdzę po dzieci do szkoły i przedszkola samochodem, idę na piechotę bo to daje nam czas na spacer i rozmowę. Kolację robimy razem bo to pozwala nam na śmiech i naukę samodzielności. Młodszemu synowi w pracach domowych pomaga starszy bo dzięki temu uczą się razem pisać i czytać. Zamiast korepetycji z matematyki czy polskiego sama piszę dzieciom zadania. A angielskiego uczą się w szkołach. Taniec, gimnastyka czy zajęcia kreatywne też są w planach lekcji więc po co je duplować? Nie znają chińskiego czy gry w tenisa ale potrafią rozpalić ognisko czy zająć się młodszym kolegą gdy jest smutny. Nie wiem które umiejętności są ważniejsze. Każdy ma swoją opinię. Ja jestem szczęśliwa że poświęcam dzieciom dużo czasu. Nie potrzebuje 16 tysięcy miesięczie na wychowanie dzieci. Potrzebuję tylko swój czas i chęci.

Muszka Lata W Zimie

             Zima nie odpuszcza, zimno i śnieżnie. Chciałoby się wskoczyć pod puchową kołdrę i zamknąć oczy, aż do wiosny. Ale po co? Stracimy wtedy wszystkie piękne widoki ośnieżonej okolicy, przebłyski słońca w ogrodzie, ominą nas sikorki, które upominają się o kolejną porcję nasion. Uwielbiam ten czas, mimo że tak często na niego narzekam. Czy chce mi się odśnieżać? Czy lubię marznąć na dworze? Czy lubię kiedy doba jest taka krótka? Na wszystkie te pytania odpowiem bez zastanowienie NIE. Ale zimę uwielbiam. Za uśmiech jaki pojawia się na twarzach moich synów gdy zjeżdżają na sankach. Za tą cudowną biel od której odbijające się słońce aż pali po oczach. Za to, że rośliny w ogrodzie odpoczną przed nadchodzącą wiosną. Zawsze staram się szukać pozytywów i nie inaczej jest tym razem. 
             
              Wspaniale jest móc wrócić myślami do dzieciństwa i przypomnieć sobie ile radości dawał mi ten okres. Sanki, snowboard, lepienie bałwana, łyżwy, zamarznięty staw... tak tak kiedyś jeździło się na łyżwach na stawach i nikt nie patrzył na drugiego jak na samobójcę. Pierwszy szedł Tata, przy odpowiednio długo utrzymującej się ujemnej temeraturze wiedział że jest bezpiecznie. Powolutku wchodził na taflę, sprawdzał każdy krok, zawsze podwiązany liną do drzewa, z drągiem w rękuktórym uderzał w lód przed sobą. Jak był pewny lodu pozwalał nam wejść. Gdy pewnej zimy Tato kupił nam dwa kije hokejowe i krążek cała okolica się zleciała by zobaczyć, dotknąć. Pamiętam też nasze wyjazdy  w góry, na narty, nikomu nie przeszkadzało, że wyciąg jest zwykłym orczykiem a nie podgrzewanym wyciągiem krzesełkowym. Nocowanie w hotelu? Jakim hotelu? Pokój u gospodyni z cudownie pachnącym, porannym, gorącym mlekiem był jak lek na nasze obite od śniegu pupy. 

             Kiedyś ludzie cieszyli się z małych rzeczy. Spędzali czas ze sobą i to była największa uciecha dnia. Gdy był wolny dzień szli na spacer, na rower lub układali puzzle. Razem. Do spędzenia czasu razem nie potrzeba wielkich pieniędzy, dalekich wyjazdów czy wcześniejszych planów. Wystarczy chcieć. 10 pomysłów na popołudnie z dziećmi w zimie? Szybka sprawa sanki, spacer, ślizgawki, czytanie bajek pod kocem z latarką, wycinanki, zabawy słowami typu co ja widzę, słowo na ostatnią literę, gry, puzzle, zabawa w naśladowanie, tory przeszkód z dostępnych w domu elementów jak poduszki, zbudowanie karmnika dla ptaków z recyclingu.

              Taka krótka lista, a ile pomysłów. Cieszmy się z małych rzeczy, a świat odwdzięczy nam się pięknem jakiego nie dostrzegaliśmy. Ja ciągle muszę działać, być w ruchu inaczej wpadam w nastroje depresyjno - melancholijne i nie wychodzi to mi na dobre. Żyję wolno, w swoim tempie, ale szczęśliwie. Dzięki temu mam czas dostrzec te uroki, znajduje czas na dom, rodzinę, męża, dzieci... Kocham to wszystko bo to był mój wybór. Konsekwentnie w nim żyję i walczę z bombardującym mnie nowoczesnym stylem życia, w którym to priorytetem jest praca zawodowa, pieniądze, a dopiero potem rodzina. Ciekawa jestem waszych opinii.