Mamine wieczorne wyrzuty sumienia



Zakupy, sprzątanie, gotowanie, prasowanie, dodatkowe zadania w pracy, organizacja czasu dzieci - zajęcia dodatkowe, wizyty kolegów, uroczystości urodzinowe i wiele wiele innych elementów dnia Mamy można by wymieniać. Czasem dojdą do tego problemy z jakimś urzędem, kiepski nastrój czy choroba i wszystko bierze w łeb. Dre się na dzieci, warczę na męża, dom wygląda jakby przeszedł tu tajfun, a na wieść o kolejnym przedstawieniu czy festynie w szkole mam ochotę krzyczeć. Ile można? No ile? 

Kilka lat udzielałam się w dwójce klasowej. Przy kolejnym etapie nauki, już wtedy szkolnym, powiedziałam nie. Mam dość, nie ogarniam. Nie zgłaszam się. Początkowe wyrzuty sumienia z czasem zniknęły. Dotarło do mnie, że ta funkcja wcale nie jest mi niezbędna, aby być aktywną i pomocną. Ale mam ten komfort, że mogę taka być, gdy chcę, a nie kiedy muszę. W okresie świątecznym ilość zbiórek, kiermaszy czy festynów przeszła chyba wszelkie standardy. Czytając plakat o kolejnej zbiórce myślałam - poważnie? Miałam ich dość. Dzień mi się nie dopinał, fizycznie padałam z powodu chorób i zimna w firmie, a głowę miałam pełną problemów i stresów. 

Gdy kładłam się wieczorem do łóżka zamiast spokojnie zasnąć i się regenerować, po głowie kłębiły mi się tysiące myśli i tematów. Najgorsze z nich to te dotyczące dzieci. Czemu się znowu na nie darłam, czemu nie poszukałam tego cholernego klocka, czemu nie zrobiliśmy zadań logopedycznych, czemu nie poszliśmy na sanki, czemu przeczytałam im tylko krótki wierszyk na dobranoc, czemu szybko ich umyłam pod prysznicem kiedy wiem, że oni tak uwielbiają długie kąpiele. Pretensje do siebie mnożyły się w tempie niesamowitym. 

Długie rozmowy z moim wspaniałym mężem spowodowały, że wreszcie się opamiętałam. Na spokojnie przemyślałam każdy element naszego życia i szalenie łatwo przyszło mi pogrupowanie ich na te najważniejsze, te średnio ważne i te okazjonalne. Pozwoliło mi to na uspokojenie się, opanowanie i bycie taką Mamą jaką chce być. Ale spokojnie, nie raz dopada mnie jeszcze cofnięcie się o kilka giga kroków. Wpadam wtedy w popłoch i lęk. Potrzebuję chwili na opanowanie się i powrót do stabilizacji. Jednak już wiem, że to chwilowe, najważniejsze dla mnie jest wtedy by moja rodzina na tym nie traciła.

Szalenie ważnym elementem opanowania mojego chaosu dnia jest mój mąż. Zawsze starałam się go we wszystkim wyręczać. Wynikało to z tego, że on tak dużo pracuje zawodowo, że ostatnią rzeczą o której myślałam to to, aby na przykład po pracy gonić go do koszenia trawy czy odkurzania. Jednak to on mi wytłumaczył, że wtedy nie dość, że to ja jestem nie do zniesienia to tak naprawdę on lubi takie zadania. Chętnie mi pomoże. Mało tego, to on się wtedy lepiej czuje- ma wtedy świadomość, że potrafi też sprostać domowym obowiązkom i przypomina sobie jak trudno jest być Mamą. Wspomina czasami czas gdy nasz starszy syn miał pół roku, a ja poszłam na miesiąc do pracy. Był to okres Świąt Bożego Narodzenia, on wtedy miał martwy okres w swojej ówczesnej firmie, a ja mogłam nieźle dorobić. Pamiętam, jak po miesiącu powiedział, że mnie podziwia jak ja daję rady to wszystko pogodzić- dziecko, dom, urzędy, gotowanie, sprzątanie, spacery itd i nie zwariować. Był szalenie szczęśliwy gdy ten okres się skończył a on mógł wrócić do pracy. 

Wybory życiowe są dla mnie teraz oczywiste, chociaż nie oznacza to, że zrezygnowałam ze wszystkich nie lubianych przeze mnie elementów bycia Mamą i Panią Domu. Nie przepadam za prasowaniem, ale nie zniosę widoku moich dzieci z pogniecionych ubraniach. Jednak prasuję już tylko część ubrań, zmniejszyłam obroty na pralce, lepiej strzepuje i dokładnie rozwieszam. Pozwala mi to na składanie bluz czy spodni bez prasowania i zaoszczędzenie czasu. Obiad zawsze gotuję na dwa dni i nie robię tragedii gdy na trzeci dzień jemu spaghetti z domowym (przygotowanym latem) sosem. Codziennie sprzątam jakąś część domu co daje mi poczucie porządku i spokoju, że w razie odwiedzin koleżanki nie spalę się ze wstydu -  ale nigdy nie trwają one dłużej niż 30min. Te dłuższe porządki robię raz w tygodniu i angażuję do nich wszystkich domowników. Jeśli pada śnieg, rzucam wszystko, biorę sanki i idę po dzieci na piechotę do szkoły. Mamy spacer i wypad na sanki w jednym. Jeśli mamy czas idziemy na pobliską górkę pozjeżdzać. Ich śmiech i różowe od mrozu policzki rekompensują mi brak racjonalnej kolacji w ten dzień. 

To wszystko przynosi mi na myśl słowo slowlife. Zwolnij, ciesz się chwilą, żyj.









2 komentarze:

  1. Jako 16latke przeraża mnie to przyszłe życie i obowiązki. Ale chyba najważniejsze jest to by znaleźć czas dla bliskich. Sama jako dziecko miałam dość zapracowanych rodziców i często miałam pretensje do tych moich kochanych pracoholików. Dobrze, że masz męża który cię wspiera :) i nie bierz na siebie za dużo, bo czasami wydaje nam się że możemy wszystko, a jednak i tak coś przez to zaniedbamy ;/
    Powodzenia i pozdrawiam,
    galantyka.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety życie polega na tym, że musimy być odpowiedzialni i mieć obowiązki - w większym lub mniejszym wydaniu. Jednak to od nas zależy ile ich będzie i jak poważnych. Niektórych rzeczy nie przeskoczymy ale od nas zależy jak je potraktujemy - jako fajne wyzwanie czy życiową tragedię. Głowa do góry życie jest piękne, a dzięki tym wszystkim obowiązkom i trudnym sytuacjom bardziej doceniamy to piękno

    OdpowiedzUsuń